sobota, 3 października 2015

Dziń dybry :)

Tak, tak, to znowu ja. Tym razem przybyłam tu nie po to by zareklamować swój nowy blog Ocalić od zapomnienia na którym coś ostatnio mało komentarzy, choć mnóstwo odsłon (ależ mi się sprytnie udało tu przemycić reklamę) ale po to by odpowiedzieć na pytanie, które dość często pada w komentarzach i na asku. Otóż tak, mam zamiar kontynuować Nim ci zaufam, tyle że dopiero jak skończę z Klarą, a raczej z historią Klary :)
Choć może zdarzyć się tak, ze napadnie mnie wena i coś tu za jakiś czas wrzucę, więc bądźcie czujni :)
To chyba tyle, dziękuję za waszą obecność i wszystkie miłe słowa.
Pozdrawiam, mewa!

Pamiętacie tego pana?
:)

poniedziałek, 20 lipca 2015

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY TRZECI (OSTATNI)

         Dominika oparła łokcie na kolanach i pochylając się nisko schowała twarz w roztrzęsionych dłoniach. Siedziała skulona jakby broniła się przed sforą wygłodniałych psów, czując na sobie przenikliwy wzrok wpatrującego się w nią Alana. Z radia podświetlonego na bladoniebieski kolor popłynęła cicha melodia, którą niemal natychmiast rozpoznała, a rozgoryczenie i złość rosnąca w niej z każdą chwilą, ustąpiły miejsca żałości i rozpaczy.
         „Cóż za wyczucie czasu. Boże, kochany. Dobra, rozumiem, może masz zły dzień, może ktoś cię wkurzył, a może po prostu mnie nie lubisz i nie masz ochoty mi pomagać, w porządku, nie mam ci tego za złe, ale bardzo cię proszę, nie rozpierdalaj mnie takimi piosenkami, kiedy wali mi się światˮ prychnęła pod nosem głośniej niż zamierzała i nie mogąc dłużej zapanować nad łzami, które wzbierały pod jej zaciśniętymi powiekami, zaczęła w myślach nucić dobrze znane słowa piosenki.
Goodbye my lover
Goodbye my friend 
You have been the one
You have been the one for me
         „Wiedziałam, że tak będzie, że ta cała miłość skończy się jakąś tragedią.ˮ wierzchem dłoni przetarła łzę, która wymknęła się spod powieki i głośno pociągnęła nosem. „Przecież idealni mężczyźni, zaraz po śmierci Romea, wyginęli jak dinozaury. Nie wierzę, że mogłam być tak nieostrożna i  jak jakaś głupia smarkula zakochałam się na zabój w mężczyźnie, o którym tak na dobrą sprawę wiem tyle co nic. Od samego początku trzeba było słuchać rozumu, a nie tego co podpowiadało serce. Julia go słuchała i jak skończyła? Zawrócił mi w głowie, bo był miły, przystojny i poświęcał mi swój czas, zupełne przeciwieństwo Igora. Imponował mi, tak, to dobre słowo, imponował i intrygował. Zawsze ciągnęło mnie do niegrzecznych chłopców i się doigrałam. Ale z drugiej strony, gdyby nie Alan nigdy nie wiedziałabym co znaczą przysłowiowe motylki w brzuchu czy umieranie z tęsknoty. Między mną a Igorem nigdy nie było takiego żaru i namiętności. I pomyśleć, że wystarczyło, żeby na mnie spojrzał i się uśmiechnął. Boże jak on się wtedy uśmiechał, tam na plaży, kiedy stałam przed nim zapłakana i trzęsłam się jak galareta. Zamurowało mnie, jakbym co najmniej zobaczyła na własne oczy, jak otwiera się niebo a na ziemię zstępują aniołowie. A potem to spotkanie na plaży, ucieczka przed deszczem i odgadywanie imion. Boże, jaki on był wtedy pociągający. Taki tajemniczy i trochę zadziorny. I taki słodki, kiedy bronił się przed tą lafiryndą z baru. Jestem pewna, że gdyby tylko chciał, padłaby przed nim na kolana i zrobiła mu dobrze pod stolikiem. Przepraszam, cię Boże, ale to wszystko już mnie przerasta. Nie wiem co mam myśleć i co robić, najchętniej zamknęłabym się w pokoju, zakopała pod kołdrą i przespała to wszystko. Alan i Monika? Nie, to niemożliwe. On jej nawet nie lubi, poza tym pamiętam jak wspomniał, że woli szatynki, a nie wulgarne blond cizie, które same, bez zaproszenia wskakują facetom do łóżka. Ale jeśli naprawdę jest tak, jak mówiła Maryla? Może faktycznie miał już dość? Spędziliśmy razem wspaniałą noc na morzu, całowaliśmy się i przytulaliśmy, obiecałam mu, że zostawię Igora, a po kilku godzinach, dowiaduje się, że przyjęłam pierścionek zaręczynowy i wracam do Warszawy. Każdy normalny facet po czymś takim nie chciałby nawet na mnie spojrzeć. Jak ja mogłam zapomnieć o rozmowie z Marylą? Gdyby nie Jurek i to, że przez pomyłkę nazwał mnie imieniem tej suczki, to... ˮ
         – Dominika, ty mnie w ogóle słyszysz? – z zamyślenia wyrwał ją zachrypnięty głos Alana. Wyprostowała się, zatapiając plecy w wygodnym fotelu z kremowej skóry i podniosła wzrok na siedzącego obok niej mężczyznę. Przyglądał się jej z uwagą, jakby starał się znaleźć odpowiedź na pytania, które  dręczyły go odkąd opuścili gabinet chirurga. – Powiesz mi co się dzieje? I co z tym wszystkim, do jasnej cholery, ma wspólnego Monika?  – uniósł do góry lewą brew i skrzyżował ręce na piersi. Jego twarz była zacięta, a siatka błękitnych żył, malująca się pod opaloną skórą, pulsowała w przyspieszonym tempie, zdradzając podenerwowanie.
         – Ja... – zachrypiała i głośno przełknęła ślinę..  – Ja... chcę... ja muszę wiedzieć czy ty i Monika, czy wy... – przejechała językiem po spierzchniętych wargach, po czym poprawiła niedbale związany kok na czubku głowy i odwróciła twarz, przyglądając się swojemu odbiciu w bocznej szybie.
         Nawet nie zauważyła, kiedy Alan zjechał na pobocze i zgasił silnik. Radio ucichło, podobnie jak szum klimatyzacji, która pracowała do tej pory zawzięcie, zmieniając ciężkie i gęste powietrze w rześkie i pachnące cytrusami. Ciemność panującą na zewnątrz rozjaśniały miarowe błyski świateł awaryjnych, a mały zegar pośrodku deski rozdzielczej wskazywał na zbliżającą się dużymi krokami pierwszą w nocy.
         – Co? – Alan wybuchnął głośnym, gardłowym śmiechem – Ja i Monika? Zwariowałaś? Skąd w ogóle taki pomysł? – popatrzył na nią z politowaniem i pokiwał głową ciągle uśmiechając się serdecznie.
         – No bo... – zaczęła starając się uspokoić oddech – Pojechałam do  ciebie, długo czekałam na werandzie, a ty nie przyjeżdżałeś i było mi tak strasznie smutno, a Maryla powiedziała, że was widziała, ciebie i Monikę i że byłeś szczęśliwy, całowałeś ją i ...
         – Co? – Alan wzdrygnął się, a szeroki uśmiech momentalnie zszedł z jego twarzy ustępując miejsca złości – Skarbie, uspokój się i przestań płakać, dobrze? Chciałbym żebyś mi teraz dokładnie opowiedziała co się stało.
         Dominika wzięła głęboki wdech i mocno zacisnęła pięści.
         – Po tym jak ci powiedziałam, że zamierzam dać Igorowi ostatnią szansę, a ty wyjechałeś z piskiem opon, od razu poczułam, że to była zła decyzja, i że wcale nie chcę się z tobą rozstawać. Chciałam od razu powiedzieć prawdę temu dupkowi, ale wolałam trochę ochłonąć, poza tym on zabrał laptop i poszedł na górę popracować. Pojechałam do Majki, musiałam się komuś wygadać. Doradziła mi, żebym najpierw zamknęła temat z Igorem, a potem padła przed tobą na kolana i prosiła o wybaczenie, ale ja jak zwykle musiałam zrobić po swojemu i to był błąd. Od Majki pojechałam prosto do twojego domu, ale cię nie było, usiadłam na werandzie i czekałam. I jak na złość rozładował mi się telefon. Ucieszyłam się, kiedy usłyszałam silnik i zobaczyłam światła na podjeździe. Poderwałam się i pobiegłam na przeciw, ale to nie byłeś ty, tylko Maryla. – spojrzała na niego smutno i wzruszyła ramionami w geście bezradności – Dalej się pewnie domyślasz.
         – Kurwa, nie wierzę! – krzyknął i z całych sił kilkakrotnie uderzył dłońmi w kierownicę. – Przegięła, tym razem jej nie odpuszczę. – Energicznym ruchem przekręcił kluczyk w stacyjce i z piskiem opon ruszył przed siebie. Kałuża, która zalewała całą powierzchnię asfaltu, posłusznie rozstępowała się pod kołami czarnego Opla, obryzgując gęstym strumieniem wysokie słupy latarni ulicznych oraz betonowe i drewniane płoty, stojących przy drodze domów.
         Bezwładne ciało Dominiki wbiło się w fotel, poddając się szybkości z jaką się rozpędzał. Zgarbiła się nieco i wtulając twarz w wysoką stójkę wełnianego swetra, podniosła na niego przestraszony wzrok.
         „Chyba mam deja vu.ˮ przypomniała sobie wieczór, kiedy identycznie jak teraz siedzieli w aucie, na dworze lało jak z cebra, a ona zebrała w sobie resztki odwagi i wyznała mu prawdę, o tym, że w Warszawie czeka na nią narzeczony i w kwietniu zamierzają wziąć ślub „Boże, wtedy wydawało mi się, że kipiał ze złości, ale teraz jak na niego patrzę, wiem, że to było jedynie delikatne zdenerwowanie.ˮ Omiotła go długim spojrzeniem, ciągle wstrzymując oddech.
         Był rozwścieczony. Sprawiał wrażenie, jakby miał za chwilę wybuchnąć i rozgromić wszystko, co było w zasięgu jego rąk. Wyprostował się w fotelu i napiął mięśnie całego ciała, sprawiając wrażenie jeszcze silniejszego i potężniejszego niż zwykle. Nerwowym ruchem odgarnął kosmyk włosów, który zabłąkał się na czole, zroszonym drobnymi kroplami potu i z powrotem zacisnął dłoń na kierownicy. Jego knykcie zbielały pod mocnym uściskiem obręczy, kontrastując z rozbitymi kostkami, które szpeciła zaschnięta krew. Szeroka i pięknie wyrzeźbiona klatka piersiowa, podnosiła się i opadała w przyspieszonym tempie, zdradzając jak bliski jest napadu furii. Nieobecny wzrok utkwił w nieodgadnionym punkcie przed sobą, wrzucił najwyższy bieg i ciężkim butem docisnął pedał gazu.
         – Alan, zwolnij proszę – położyła drżącą dłoń na jego udzie i wbiła wyszczerbione paznokcie w cienki materiał znoszonych dżinsów, które miał na sobie, jednak mężczyzna pozostawał głuchy na jej prośby.
         – No to się doigrała. Wiedziałem, że stanie na głowie, żeby nas rozdzielić, ale to już przesada. Nie pozwolę, żeby tak cię traktowała, rozumiesz? Jesteś... moją kobietą, a niedługo zostaniesz moją żoną i lepiej będzie dla niej jeśli już teraz to zaakceptuje, inaczej straci też mnie.
         – Alan, uspokój się proszę, to nic takiego, ona chciała cię tylko chronić. Bała się, że złamię ci serce i że znów będziesz cierpiał. Ma tylko ciebie, musisz ją zrozumieć.
         „Nie, no nie wierzę, jeszcze nie tak dawno wyklinałam ją na czym świat stoi, miałam ochotę wyrwać jej wszystkie włosy z głowy, potem rzucić ją w błoto i przydeptać, jak zagasza się podeszwą pety. A teraz jej bronię? No tak, instynkt samozachowawczy i chęć przeżycia wzięły górę. Dla nas wszystkich będzie lepiej jeśli go w porę uspokoję, w przeciwnym wypadku bardzo prawdopodobne, że możemy skończyć swój krótki, burzliwy związek pod kołami rozpędzonego tira lub na pierwszym lepszym drzewie, zwinięci jak harmonijki dookoła pnia.ˮ
         – Alan, proszę zwolnij, boję się – pisnęła i znów mocniej ścisnęła jego udo.
         – Przepraszam – głośno wypuścił powietrze a podświetlona na bladoniebieski kolor wskazówka prędkościomierza zaczęła chylić się w lewą stronę – Nie chciałem cię przestraszyć. – odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się gorzko. – Naprawdę jej uwierzyłaś?
         – Zraniłam cię i to bardzo, wiem o tym doskonale. Nie chciałam jej wierzyć, ale pomyślałam, że... No wiesz, że możesz chcieć się na mnie odegrać albo poszukać łatwej rozrywki, a poza tym powiedziałeś, że się z nią widziałeś.
         – Tak, widziałem się z nią, nie zaprzeczam. Ale tego wieczora widziałem też wiele innych osób. Dominika, jest środek lata, Hel jest pełen turystów, ludzie mają urlopy, wychodzą na plaże, do barów...
         – Nie obchodzą mnie inni ludzie, chcę wiedzieć ile prawdy jest w tym, co mówiła Maryla.
         – No dobrze, zazdrośnico, opowiem ci wszystko, a potem zamykamy za sobą temat zdrad, podejrzeń i jakiś chorych wymysłów. – Kobieta skinęła głową i wypuściła długo wstrzymywany oddech. –Zacznijmy od początku. Kiedy wyszedłem od ciebie, pojechałem prosto na kuter i zwołałem całą załogę. Nie wypłynęliśmy na morze, bo nie mieliśmy nowych zamówień, ale zarządziłem wielkie sprzątanie pokładu. Nie chciałem być sam, a poza tym musiałem się czymś zająć. Ostatnio trochę zapuściliśmy jacht, więc porządki prędzej czy później i tak by nas nie ominęły. Mówią, że na kaca najlepsza praca, ale ze złamanym sercem jest podobnie. Chłopcy od razu zauważyli, że coś jest nie tak. Traktuję ich jak rodzinę, której tak naprawdę nigdy nie miałem, dlatego opowiedziałem im w dużym skrócie o tym, co się stało i powiem ci, że od razu jakoś tak mi się lepiej zrobiło. Po skończonej pracy zaprosiłem wszystkich na piwo. Do baru, w którym pracuje Monika, mamy najbliżej więc... sama rozumiesz. Miałem nadzieję, że nie będzie jej w pracy, ale niestety była, i jak zwykle się do mnie wdzięczyła, a ja jak zwykle ją zbywałem. – powiedział głośno i wyraźnie, a Dominika roześmiała się promiennie, czując niewysłowioną ulgę – Zajęliśmy stolik i zamówiliśmy kolejkę piwa.  Darek radził, żebym wyłączył telefon i dał ci zatęsknić, szczęście, że go nie posłuchałem, bo po chwili zadzwoniła twoja mama. A potem to już niczego nie pamiętam. Wszystko działo się tak szybko, że nawet nie wiem kiedy i w jaki sposób znalazłem się w twoim pokoju. Resztę historii już niestety znasz. Ciągle się zastanawiam, jak w ogóle mogłaś pomyśleć, że ja i ona. – pokręcił głową i wykrzywił usta w grymasie niezadowolenia – Wiesz, że cię kocham nad życie i mam gdzieś Monikę i wszystkie inne dziewczyny. Liczysz się dla mnie tylko ty, nikt więcej, rozumiesz? Teraz, kiedy w końcu możemy być razem ty zaczynasz wątpić w moje uczucia? Nie możesz wierzyć we wszystko co mówią zawistni ludzie, którym najwyraźniej przeszkadza nasze szczęście. Mało dałem ci dowodów? Nie żartowałem, kiedy mówiłem, że gdybyś była Tansu, żadna siła nie wyrwałaby mnie z Anglii, a nawet jeśli byłoby trzeba zamieszkałbym z tobą w Turcji. Chyba już zapomniałaś, prawda? – rzucił jej zalotne spojrzenie, a Dominice od razu stanęły przed oczami obrazy ich pierwszego wspólnego poranka w jego domu. To, jak obudziła się na kanapie w przytulnym salonie, okryta kocem, pachnącym perfumami, które rozpoznałaby na kilometr. To, jak spacerowała po domu w jego koszuli i odkrywała różne ciekawe szczegóły, zdradzające więcej, niż on sam o sobie mówił. Ich wspólne śniadanie, które przygotował i wyznanie, którego nie zapomni do końca życia.
         – Przepraszam, zachowałam się jak jakaś rozhisteryzowana małolata.
         – W porządku, tylko żeby mi to było ostatni raz, pani Łęcka – zaśmiał się cicho, złapał jej dłoń i splótł ich palce w mocnym uścisku.
         Dominika podparła głowę na łokciu, wsłuchując się w ciepły głos prezentera w radiu, który z entuzjazmem zapowiadał upalny weekend, przypominając o nakryciach głowy, częstym piciu wody i używaniu kremów z wysokim filtrem. Samochód cicho mruczał, sunąc po opustoszałych ulicach Helu. Nawałnica, która chwilę temu sparaliżowała miasto, zostawiła po sobie dotkliwe skutki. Połamane gałęzie drzew leżały na drodze, zmuszając kierowców do ich omijania i jazdy slalomem, a kałuże, zalewały całą jezdnię i chodniki, tworząc ogromne jezioro, w którym odbijało się żółte światło górujących nad nim latarni. Przygryzła dolną wargę i mocniej ścisnęła dłoń Alana,  przyglądając się z uwagą dobrze jej znanym widokom. Niebiesko-żółty przystanek autobusowy z plastikowym, prześwitującym daszkiem oraz długą drewnianą ławką, na której w młodości wyryła serduszko i wpisała inicjały swoje i Majki, zwykle gwarny i tłoczny, teraz świecił pustkami. Kilka metrów za nim rosła wysoka, rozłożysta lipa. W jej cieniu stał wysoki słup, oklejony wyblakłymi od deszczu plakatami, informującymi o nadchodzących koncertach lub ogłoszeniach firm szukających pracowników fizycznych do nowo powstałej fabryki na obrzeżach miasta. Minęli wąską drużkę, wyłożoną drobnymi kostkami. „Tam są najlepsze lody w całym mieście. I park z ogromną fontanną. W wakacje, kiedy byłyśmy młodsze, spędzałyśmy tu z Majką całe dnie.ˮ
         Drobne kropelki potu zrosiły jej czoło, a w żołądku poczuła nieprzyjemne skurcze. Od jej rodzinnego domu dzielił ją nieco ponad kilometr. Krzyżówka, trzy zakręty i jedna sygnalizacja świetlna. Odtworzyła w myślach trasę, którą muszą pokonać i westchnęła głośniej niż zamierzała, zdając sobie sprawę, że chyba jeszcze nie jest gotowa, by wejść do swojego pokoju, gdzie nie tak dawno temu rozegrały się sceny, które, była więcej niż pewna, będzie miała przed oczami jeszcze długi czas.
         – Co się dzieje? – troskliwy głos Alana wyrwał ją z zamyślenia.
         – Nic, po prostu zaczynam panikować. Boję się, że jak tylko wejdę do domu zacznę sobie wszystko przypominać i... Wcale nie jestem taka twarda jak mi się wydawało. – podniosła na niego zaszklony wzrok i uśmiechnęła się gorzko –  Najchętniej to bym tam nie wracała.
         – Nie musisz, jeśli nie chcesz – uniósł jej dłoń i pocałował jej wierzch. – Możesz przenocować u mnie.
         – Nie chcę ci sprawiać kłopotu i tak już tyle dla mnie zrobiłeś.
         – Skarbie, proszę cię, nie opowiadaj bzdur i zacznij mnie w końcu traktować, jak swojego mężczyznę, a nie jak kolegę. – powiedział pewnym głosem, spojrzał we wsteczne lusterko, upewniając się, że droga jest pusta, trzema sprawnymi ruchami nawrócił auto, by na najbliższej krzyżówce, którą minęli chwilę wcześniej, skręcić w prawo w wąską uliczkę prowadzącą do jego domu. Dominika poczuła niewysłowioną ulgę. Wiedziała, że za kilka godzin i tak będzie musiała wrócić do domu i stawić czoła przykrym wspomnieniom, jednak ta krótka chwila wytchnienia cieszyła ją bardziej, niż była w stanie opisać słowami.
         – Dziękuję Alan – przysunęła się na skraj fotela i przytuliła się do jego ciepłego ramienia. Zamknęła oczy i wzięła głęboki wdech, wpuszczając do najdalszych zakamarków swojego ciała przyjemny zapach jego szorstkiej skóry.
         – Drobiazg – odgarnął włosy z jej czoła i delikatnie musnął ustami czubek jej głowy. – Zawsze do usług, Księżniczko.
         „Gdyby miesiąc temu, przed wyjazdem z Warszawy na Hel, ktoś mi powiedział, że moje życie tak się potoczy, przysięgam, zabiłabym go śmiechem. Nigdy bym nie przypuszczała, że zakocham się na zabój w przystojnym i niepokornym panie kapitanie i zostawię dla niego całe moje poukładane życie z Igorem, którego podobno wszyscy mi zazdrościli i marzyli, by być na moim miejscu. Proszę bardzo, droga wolna, ja mam Alana i już niczego więcej mi do szczęście nie potrzeba, przynajmniej na razie. Potem oczywiście, jak przystało na prawdziwą romantyczkę będzie ślub, biała suknia, piękna sala, orkiestra i... dziecko, na które na pewno nie będę musiała go namawiaćˮ uśmiechnęła się do swoich myśli i pocałowała z radością jego muskularne ramię.
         – Widzę, że komuś się humor poprawił.
         – Dzięki tobie. Nawet nie chcę myśleć jakie przechodziłabym katusze, gdybyś się nade mną nie zlitował i odwiózł mnie do domu. Jestem pewna, że ani na sekundę nie zmrużyłabym oka. A tak, jest szansa, że odpocznę przed jutrzejszą wizytą na policji.
         – Chcesz iść już jutro? Nie musisz się spieszyć, jeśli nie czujesz się jeszcze gotowa. Irek nie miał prawa cię poganiać, przy najbliższej okazji oczywiście mu to wytłumaczę.
         – Nie, w porządku, chcę mieć to jak najszybciej za sobą, zamknąć ten rozdział i zacząć żyć normalnie.
         – Dobrze, w takim razie pojedziemy razem, moje zeznania pewnie też chcieliby usłyszeć.
         Dominika kiwnęła głową, przystając na jego propozycję i skrzywiła się, zdając sobie sprawę, jak wiele jest w stanie udźwignąć nim się podda.
         „Wiem, że wmawiałam sobie, że rozmowa z Igorem miała być ostatnią prostą, ale sprawy się troszkę pokomplikowały i niestety spotkało nas kilka zakrętów, ale to nic, trzeba troszkę pocierpieć, a potem będzie już tylko lepiej. Gdybym mogła cofnąć czas i mieć do wyboru Igora oraz pozbawione jakichkolwiek emocji życie, które wiedliśmy do tej pory czy Alana, razem z przykrymi wspomnieniami, pełnymi bólu i rozpaczy, nie zastanawiałabym się ani chwili i wybrałabym mojego niegrzecznego chłopca. Nie ma takiej rzeczy, której bym dla niego nie zrobiła, ale najwspanialsze w tym wszystkim jest to, że on czuje to samo do mnieˮ
         Alan wjechał na podjazd wysypany drobnymi kamyczkami i zatrzymał się przed garażem, przylegającym do bocznej ściany domu. Nacisnął mały guziczek przypięty do breloczka z  kluczami, a po chwili brama zaczęła się podnosić do góry z cichym piskiem, przypominającym skrzek nienaoliwionych drzwi w jej sypialni na poddaszu.
Wjechał do środka i pospiesznie zgasił silnik. Duża halogenowa lampa przymocowana do sufitu rozbłysła jasnym światłem, rażąc ich przyzwyczajone do mroku oczy. Dominika wysiadła z auta, rozprostowując zastane kości, a brama za ich plecami zaczęła się powoli zamykać, odgradzając ich od panującej na zewnątrz wyjątkowo ciemnej i ponurej nocy. Do jej nozdrzy niemal natychmiast dotarł zapach paliwa i smaru. Przystąpiła z nogi na nogę, omiatając ciekawskim spojrzeniem wnętrze garażu i uśmiechnęła się szeroko na widok harmidru i totalnego nieładu panującego w pomieszczeniu. Na betonowej posadzce leżały niedbale zwinięte szlauchy, grube liny, oraz kilka łańcuchów o grubych oczkach. Przy ścianie po lewej stronie, stał wysoki, masywny stół, na którym leżało mnóstwo narzędzi, których nawet nie potrafiła nazwać a ich zastosowanie mogła sobie jedynie wyobrazić. Na przeciw stał ogromny regał z półkami sięgającymi, aż po sam sufit. Puszki po farbie wypełniały różnej wielkości śrubki i gwoździe, a niedbale ułożone kartony, piętrzyły się, aż po sam sufit. Gdyby dobrze poszukać, można by tu znaleźć dosłownie wszystko, od konewki, upchanej między miotłę i szuflę do odśnieżania, przez zapasowe koła do roweru, po drewniany karmnik i pułapkę na myszy.  Na środku tego chaosu był zaparkowany dokładnie umyty i wywoskowany czarny Opel.
         „Cóż za kontrastˮ uśmiechnęła się do siebie i ponaglana przez Alana pobiegła, podskakując radośnie w stronę niskich drzwi, prowadzących do wnętrza domu.
         – Przepraszam za bałagan, moja gosposia jest na urlopie – roześmiał się perliście, wzruszając ramionami.
         – Aż dziwne, że w tym burde... bałaganie nie ewoluowała ci jakaś nowa forma życia.
         – No bez przesady. – gestem dłoni zaprosił ją do środka i zatrzasnął za nimi drzwi. – Proszę rozgość się. Na co masz ochotę? – zapalił światła z cichym pstryknięciem, a tonący w mroku salon, który od kuchni oddzielała wysoka wyspa i trzy stojące przy niej hockery, rozjaśnił się bladym blaskiem małych jarzeniówek, którymi usiany był podwieszany sufit.
         „Nic się nie zmieniło, odkąd byłam tu ostatni raz. Właściwie, to byłam tu tylko jeden jedyny raz. Po tym jak ze sobą flirtowaliśmy, a raczej ja z nim flirtowałam i robiłam wszystko, żeby go pocałować, choć miałam zamiar wyjaśnić mu, że możemy być tylko przyjaciółmi, a potem tuliłam się do niego, kiedy oglądaliśmy ten nieszczęsny horror, na którym nie wiem jakim cudem zasnęłam i zostałam tu na noc, wolałam więcej nie kusić losu. Być z nim tak blisko, kiedy wie się doskonale, że jest się na skraju wytrzymania, to cholernie trudna sprawa.ˮ
         Poczuła, że się rumieni na samo wspomnienie tamtego wieczoru, kiedy pierwszy raz byli ze sobą tak blisko, kiedy łaskotał ją siedząc na jej miednicy, a ich twarze dzieliło kilka centymetrów, a potem powiedział, że taka jest najpiękniejsza, z rozmazanym od śmiechu makijażem i potarganymi włosami. Spojrzała w stronę ogromnego telewizora, zajmującego niemal całą ścianę, i stojącej pod nim szafkę, której półki uginały się od pokaźnej kolekcji filmów. Przed oczami, jak na zawołanie, stanęły jej obrazy, kiedy Alan pomagał jej wybrać odpowiedni tytuł, usiadł obok niej na podłodze, nachylił się by sięgnąć po pudełko z płytą, a wtedy sprawy nabrały tempa.
         „Boże, nigdy wcześniej nie pragnęłam nikogo tak mocno jak w tamtym momencie jego. Ta szaro-niebieska bluzka, którą miał na sobie... Wyglądał idealnie... Zawsze wygląda idealnie, mimo iż kompletnie nie dba o swój wygląd, ale wtedy rozłożył mnie na łopatki.ˮ przyłożyła dłoń do ust, starając się stłumic śmiech. „Kompletnie siebie nie poznawałam. To był jakiś obłęd. Powiedziałam mu, że między nami nic nie będzie, a zaraz po tym wsunęłam mu ręce pod koszulkę i wodziłam palcami po napiętych mięśniach brzucha, prawie błagając o pocałunek. Pamiętam, że byłam cholernie zawiedziona, kiedy powiedział, że nie możemy tego zrobić, a w tym samym momencie do drzwi zadzwonił dostawca pizzy. Sądziłam, że takie rzeczy zdarzają się tylko na filmach lub w ckliwych harlequinach, a tu proszę, sama, nawet nie wiem kiedy, stałam się główną aktorką w jakiejś operze mydlanej.ˮ
         – Ziemia do Dominiki – roześmiany głos Alana położył kres wspomnieniom, które wywołały na jej posiniaczonych policzkach rumieńce, oraz przyjemne mrowienie w dole brzucha.
         – Przepraszam, troszkę się zamyśliłam – odwróciła się w stronę mężczyzny opartego o blat szafki kuchennej i uśmiechnęła się krzywo – O co pytałeś?
         – Pytałem na co masz ochotę? Herbata? Coś zimnego? Jajeczni...
         – Prysznic – weszła mu w słowo, zdając sobie sprawę, że niczego tak nie pragnie, jak zmyć z siebie ślady krwi i nieustanne uczucie dotyku lepkich dłoni Igora – Królestwo za prysznic.
         – W porządku, zaraz dam ci coś na przebranie – pocałował ją w czoło i zniknął w wąskim korytarzu. Dominika oparła się o kuchenną wyspę i głośno wypuściła powietrze, rozglądając się po pomieszczeniu.
         Czysta biel ścian w salonie idealnie kontrastowała z lśniącą podłogą z czarnego granitu, w której odbijało się blade światło małych jarzeniówek. Na środku stał ogromny skórzany narożnik oraz niski szklany stolik, na którym leżały dwa piloty, program telewizyjny oraz pęk kluczy. Zegar wiszący na ścianie wskazywał pierwszą dwadzieścia.
         „Cóż za cholernie długi dzień.ˮ
         – Proszę – Alan stanął przed nią, podając jej ciuchy złożone w równą kosteczkę. – Po praniu trochę mi się skurczyły, więc powinny na ciebie pasować.
         – Dziękuję – uśmiechnęła się gorzko, widząc, że sam założył koszulkę. Mimo że lubiła go w tej białej, opiętej bluzce, spod której prześwitywały jego tatuaże, wolała kiedy niczym nie zakrywał swojego ciała. Uwielbiała przyglądać się jego szerokiej klatce piersiowej i mięśniom brzucha, które napinały się przy każdym jego ruchu. – Czemu się ubrałeś? – rzuciła mu tęskne spojrzenie, zamrugała z zażenowaniem, zła na siebie, że wypowiedziała te słowa na głos i nie czekając na odpowiedź wyszła pospiesznie z kuchni, czując, że jej policzki płoną żywą purpurą.
         – Czyste ręczniki są w komodzie a w szafce pod umywalką znajdziesz zapasową szczoteczkę –       Kiedy szarpnęła za klamkę drzwi do łazienki dobiegł ją roześmiany głos Alana.
         – Świetnie – syknęła do siebie i przekręciła zamek w drzwiach.
         Niewielka łazienka, której ściany oraz podłoga były wyłożone dużymi prostokątnymi kaflami imitującymi naturalny kamień, sprawiała wrażenie ciepłej i przytulnej. Nad umywalką, która przypominała szklaną misę wisiało ogromne lustro, a dookoła niego świecił jasnym blaskiem sznur małych światełek osadzonych w jego ramie. Odłożyła złożone ciuchy na stojącą obok komodę i opierając się o zlew przyjrzała się swojemu odbiciu.
         „– Jeszcze troszkę ci brakuje, żeby straszyć tobą małe dzieci, ale bywały dni, kiedy prezentowałaś się o niebo lepiejˮ słowa Majki zadźwięczały w jej uszach, przywołując na spuchnięte wargi szczery uśmiech.
         Zbliżyła twarz do lustra i krzywiąc się odkleiła plaster, pod którym kryła się zszyta przez Jurka rana nad lewą brwią.
         – Zostanie blizna, jak nic – mruknęła przez zaciśnięte zęby i kucnęła przed szafką, wyjmując z niej jeszcze nierozpakowaną szczoteczkę do zębów.
         „Ciekawe, czy kupił ją dla mnie, czy może z myślą o innych dziewczynach, które czasami zostawały tu na noc?ˮ zamyśliła się, uderzając tekturowym opakowaniem o wnętrze otwartej dłoni. „Nie, nie, nie. Znowu zaczynam histeryzować. Nawet jeśli czasami sprowadzał tu inne kobiety, to nic takiego, miał przecież prawo być z kimś innym i robić co mu się tylko podobało. Nie mogę być zazdrosna, a tym bardziej zła za jego przeszłość. Teraz ma mnie i muszę przestać cały czas się tym zadręczać. Powiedział wyraźnie: koniec z zazdrością i podejrzeniamiˮ pokręciła głową odganiając dręczące ją myśli, po czym zdjęła z siebie ciuchy i weszła pod prysznic.
         Woda była przyjemnie ciepła. Dominika stała nieruchomo przez dłuższą chwilę, z zamkniętymi oczami, i rękoma opuszczonymi luźno wzdłuż ciała, pozwalając by gęsty strumień pieścił jej gładką skórę. Zdjęła z półki butelkę szamponu i nalała sobie kilka kropel na otwartą dłoń, a zapach mięty i cytrusów niemal natychmiast rozszedł się po zaparowanej łazience. Skrzywiła się, czując nieprzyjemne pieczenie, kiedy resztki szamponu dostały się do świeżo zszytej rany.
         „Jasna cholera, szczypie jak wszyscy diabli. Jurek chyba mówił, że nie powinnam na razie zdejmować opatrunku ani moczyć rany. Gdybym się tak nie przejęła tym, że nazwał mnie imieniem tej lafiryndy, może coś by mi w głowie zostało. Ja pierdziele, teraz to już i tak musztarda po obiedzie.ˮ Nie przestając się krzywic, dokładnie spłukała pianę z długich włosów i nałożyła na gąbkę niewielką ilość męskiego żelu pod prysznic, o orzeźwiającym zapachu.
         „No trudno, będę pachniała jak mężczyzna, ale wolę to niż jakby miało się okazać, że oprócz zapasowych szczoteczek do zębów, Alan ma tu sporą kolekcję damskich kosmetyków, na wypadek gdyby...ˮ wzruszyła ramionami i uśmiechnęła się, rozbawiona myślą, że niepokorny pan Kapitan mógłby prowadzić za jej plecami jakieś sekretne życie z inną dziewczyną.
         „Mam nadzieję, że mama nie będzie zła, kiedy powiem jej, że chcę zamieszkać z Alanemˮ myśl o kobiecie sparaliżowała jej ciało. Zastygła na chwilę z szeroko otwartymi oczami, a kiedy się ocknęła spłukała z ciała resztki żelu, zakręciła wodę i pospiesznie wyskoczyła z kabiny.
         – Kurwa, zapomniałam zadzwonić do mamy, pewnie umiera z niepokoju. – wyjęła z komody kremowy ręcznik, z wyszytymi po brzegach brązowymi wzorkami i wytarła nim ciało, czując na skórze przyjemnie miękki dotyk bawełnianej froty.
         Włożyła na gołe ciało koszulkę, którą dał jej Alan i szeroko rozłożyła ramiona nie mogąc się powstrzymać od śmiechu. Sięgała jej niemal do kolan, a rękawy kończyły się gdzieś pomiędzy łokciem a nadgarstkiem.
         „Skurczyła się, tak?ˮ pokiwała głową i uniosła przed sobą krótkie, dresowe spodenki, po czym z powrotem złożyła je w równiutką kostkę i odłożyła razem z ciuchami, które miała wcześniej na sobie na blat szafki. „Po co mi te spodenki, skoro ta bluzko-sukienka zakrywa wszystko co powinnaˮ Przeczesała palcami, mokre włosy i wyszła z łazienki. Mimo wyrzutów sumienia, że zapomniała powiadomić mamę, że wszystko w porządku, jest cała i zdrowa i zamierza nocować u Alana, czuła przyjemne mrowienie w podbrzuszu oraz dreszczyk podniecenia na myśl o tym, że nareszcie są razem, w dodatku sami w jego domu, gdzie nikt nie będzie im przeszkadzał a ona ma na sobie jedynie jego koszulkę. Nic poza tym. 
         Oparła się o framugę drzwi, przyglądając się z czułością krzątającemu się po niewielkiej kuchni mężczyźnie.
Stał odwrócony do niej tyłem wlewając do wysokich szklanek gorące mleko, które mieszając się z wsypanym wcześniej proszkiem, zmieniało swój kolor na brązowy, a unoszący się w kuchni zapach przypominał jej beztroskie czasy dzieciństwa. Obok na kuchennej wyspie stał duży talerz kanapek z żółtym serem, pomidorem i szczypiorkiem oraz wiklinowy koszyczek pełen owoców.
         Dominika, najciszej jak potrafiła podeszła do Alana i mocno wtuliła się w jego plecy, zaciskając z całych sił dłonie na jego brzuchu.
         – Przestraszyłaś mnie – powiedział ciepłym głosem.
         – Nie wierzę, przecież ty niczego się nie boisz.
         – Błąd, Księżniczko. – odwrócił głowę w jej stronę i wyznał tak cicho, że ledwie go usłyszała. – Ciebie boję się najbardziej.
         – Mnie? – rozluźniła uścisk, przeszła pod jego ramieniem opartym o blat szafki i unosząc wysoko głowę spojrzała mu w oczy. – Dlaczego mnie najbardziej?
         – Bo jesteś kobietą, o której zawsze marzyłem, jesteś dla mnie idealna i dajesz mi wszystko czego potrzebuję.
         – To raczej powód do radości – przygryzła wargę, starając się nadążyć za jego myślami, znała go już na tyle długo, by wiedzieć, że w tych słowach jest ukryty jakiś sens, którego mimo starań nie potrafiła odnaleźć.
         – Tak, pod warunkiem, że nigdy nie przestaniesz mnie kochać. – przyciągnął ją do siebie i pocałował delikatnie czubek jej głowy.
         – Wariat – wyrzuciła z siebie, starając się ukryć śmiech w miękkim materiale jego koszulki.
         – Cóż poradzisz – rozłożył ręce i wzruszył ramionami w geście bezradności, co wywołało na twarzy Dominiki jeszcze szerszy uśmiech – Siadaj, zrobiłem ci kakao i kanapki, gdybym miał więcej czasu, a przede wszystkim lepiej zaopatrzona lodówkę mógłbym przygotować coś bardziej wykwintnego, ale teraz musisz się zadowolić tym.
         Dominika odsunęła wysoki taboret i usiadła przy kuchennej wyspie, która zastępowała stół. Zegar wiszący w salonie wybijał właśnie drugą nad ranem, a deszcz za oknem znów zaczął wzbierać na sile, rozbijając się z głośnym brzękiem o parapet. Alan postawił przed nią na filcowej podkładce w kształcie śnieżynki parującą szklankę oraz porcelanową cukierniczkę.
         – Gdybyś potrzebowała jeszcze czegoś, to nie wstydź się powiedzieć – odsunął krzesło i usiadł obok niej.
         – Dziękuję, nic więcej mi nie potrzeba – odetchnęła głośno, wsypując do szklanki trzy czubate łyżeczki cukru – Chociaż właściwie... Mogłabym skorzystać z twojego telefonu? Nie wzięłam komórki, a mama pewnie umiera ze strachu.
         – Kiedy się kąpałaś zadzwoniłem do pani Wandy i o wszystkim jej powiedziałem. Mam nadzieję, że nie masz nic przeciwko? Pomyślałem, że pewnie wyleciało ci to z głowy, przez to wszystko co dziś przeszłaś. Chciałem ją tylko uspokic i zapewnić, że nic ci nie jest. Ale jeśli chcesz sama z nią porozmawiać to oczywiście...
         – Nie – przerwała mu, machając ręką w powietrzu – Rano do niej zadzwonię, teraz już się pewnie położyła do łóżka. Za dużo wrażeń jak na jeden dzień. – wzięła do ręki kanapkę i ugryzła mały kęs – Dziękuję Alan, nie wiem co bym bez ciebie zrobiła.
         – Na szczęście nie musimy się nad tym zastanawiać.
         – Na szczęście – przyznała mu rację, podniosła do ust szklankę i pociągnęła długi łyk ciepłego napoju. – Pyszne, od lat nie piłam kakaa – językiem oblizała piankę z mleka nad górną wargą i roześmiała się głośno, widząc rozmarzone spojrzenie Alana, wpatrującego się w jej pełne usta.
         – Nie rób tak więcej – pogroził jej palcem w powietrzu, ciągle nie odrywając wzrok od jej warg.
         – Jak? Tak? – zapytała i ponownie przejechała językiem po ustach, jednak tym razem wolniej i dokładniej. Skurcze w jej podbrzuszu były coraz silniejsze, a ciarki, które przebiegały po całym jej ciele nie pozwalały dłużej trzymać się z daleka od mężczyzny, którego pożądała, odkąd zobaczyła go pierwszy raz.
         – Dominika, jeśli zaraz nie przestaniesz, będę musiał...
         Nie pozwoliła mu skończyć. Zsunęła się na krawędź krzesła, zarzuciła mu dłonie na kark i przywarła do niego spragnionymi ustami. Całowała go czule i delikatnie, czekając aż odwzajemni pocałunek, jednak jego wargi ciągle pozostawały nieruchome.
         – Alan, nie mogę dłużej czekać – jęknęła mu do ucha. – Co się dzieje? Nie chcesz mnie?
         – Chcę – ujął jej głowę w swoje szorstkie dłonie, a kciukiem kreślił kształty na jej policzkach – Pragnę cię... bardziej niż zwykle – oparł głowę o jej czoło i głośno wypuścił powietrze, a jego ciepły, miętowy oddech owiał jej rozpaloną z pożądania twarz. – Ale myślę, że powinniśmy poczekać, aż poczujesz się lepiej i dojdziesz do siebie po tym, co się stało. Potrzebujesz snu i odpoczynku.
         – Potrzebuję ciebie – szepnęła wodząc ustami po jego szyi i policzkach. Jego twardy zarost drażnił jej wargi, mimo to nie przestawała, wręcz przeciwnie, była coraz bardziej zachłanna. – Pragnę cię tu i teraz, rozumiesz? Jestem pewna, że właśnie tego chcę i nie zamierzam czekać, ani sekundy dłużej. Już i tak zbyt długo odkładaliśmy to na potem. 
         – Na pewno? – zapytał ściszonym głosem, jednak nie odpowiedziała mu ani słowa, wpijając się z pasją w jego usta, co świadczyło, że jest pewna bardziej, niż może to sobie wyobrazić.
         – Spokojnie, skarbie, już mnie przekonałaś – roześmiał się cicho, zanurzając palce w jej mokrych włosach. Powoli, bez pośpiechu smakował jej pełnych warg, przejmując kontrolę nad jej ciałem, drżącym w jego ramionach. Drażnił się z nią, dając jej tylko drobną część z tego, czego od niego oczekiwała. Wiedział, że chce więcej, szybciej, goręcej, ale skoro wciągnęła go w tą grę, zagrają na jego zasadach.
         – Alan – jęknęła zachrypniętym głosem i odrzuciła głowę w tył, pozwalając, by całował jej szyję. Uśmiechnął się, czując satysfakcję. Była taka chętna i gotowa na wszystko co zamierzał jej dać. Pieścił językiem płatek jej ucha, a kiedy łapał go w zęby i delikatnie podgryzał, ona jęczała cicho, nie potrafiąc zapanować nad wzbierającym w niej podnieceniem. Stanął nad nią, sprawnym ruchem poderwał ją z krzesła i posadził na blacie kuchennej wyspy, spychając niedbale i pospiesznie wszystko co na nim stało. Syknęła, czując chłód zimnego granitu pod nagimi pośladkami. W tym samym momencie do ich uszu dobiegł dźwięk rozbijających się o wykafelkowaną podłogę szklanek z niedopitym napojem oraz porcelanowego talerza, z którego zniknęły tylko dwie kanapki, reszta leżała na posadzce tonąc w rozlanym kakale. Dominika oderwała się od ust Alana i spojrzała wymownie na podłogę.
         – No wiesz co? – wydyszała z trudem łapiąc oddech – Tyle pracy na nic.
         – I tak nie byłaś głodna – zaśmiał się, rozsunął jej nogi i stanął między nimi, zaczynając na nowo całować jej usta. Tym razem pewniej i odważniej. Wciągnął gwałtownie powietrze po czym wsunął język w jej rozchylone wargi, pogłębiając pocałunek. Dominika oplotła go ciasno nogami, krzyżując je na jego lędźwiach, a zachłannymi dłońmi wędrowała wzdłuż kręgosłupa, wbijając paznokcie w jego opaloną skórę, za każdym razem, kiedy poczuła skurcz w podbrzuszu. 
         – Zdejmij ją – wychrypiała, sięgając po materiał białej koszulki. Alan odsunął się od niej na krok i tak jak prosiła, zdjął ją przez głowę i odrzucił na podłogę obok rozbitych szklanek i kanapek, które nasiąknięte rozlanym kakaem wyglądały bardzo nieciekawie.
         Dominika, nie mogąc dłużej wytrzymać odległości między nimi, złapała go za rękę i przyciągnęła do siebie, mocno przywierając do jego ciepłego torsu. Alan jedną dłonią ujął jej kark, drugą błądził po jej miękkich udach, ciągle nie przestając całować jej ust. Wyciągnęła przed siebie drżącą dłoń, wodząc nią po jego napiętej szyi, tatuażu na lewej piersi, który skrywał blizny z jego mrocznej przeszłości, aż po napięte mięśnie brzucha, które stały się jej słabością, odkąd dotknęła ich pierwszy raz w życiu. Sunęła nią coraz niżej, aż natrafiła na metalową klamrę szerokiego skórzanego paska.
         – Nie tutaj, kochanie – roześmiał się do jej ucha, wsunął dłonie pod jej pośladki i uniósł ją do góry, a ona pospiesznie owinęła go ciaśniej nogami, ocierając się wnętrzem swoich wilgotnych ud, o jego twardy brzuch.
         Przytrzymał ją w górze jedną ręką, z taką łatwością, jakby ważyła tyle co piórko, a drugą pociągnął za klamkę drzwi od sypialni. Pokój tonął w ciemności, jedynym światłem, był blady błysk latarni ulicznej, który odbijał się w dużej oszklonej szafie. Białe, sięgające podłogi firanki, rozsunięte po obu stronach okna, wirowały, poddając się podmuchom wiejącego wiatru. Alan podszedł do szerokiego łóżka, zaścielonego czarną, satynową pościelą, usiadł powoli na brzegu nie tracąc równowagi i posadził ją sobie na kolanach. Jej nogi wbiły się w miękki materac po obu stronach jego ud. Nie przestając go całować, zaczęła powoli, ale rytmicznie, kołysać się w przód i w tył na jego silnych nogach, a on jedną dłonią gładził jej miękkie plecy drugą ściskał z pasją jej krągły pośladek.
         – Alan – wydyszała wprost w jego wargi, czując jak twardnieje pod jej udami.
         Jego dłonie odnalazły krawędź jej koszulki. Odsunął się, przerywając ich gorący pocałunek i patrząc jej w oczy z pożądaniem, podciągnął bluzkę do góry i pomógł jej ją zdjąć, odsłaniając nagie łono oraz nabrzmiałe piersi.
         – Kurwa, Dominika – wydyszał niewyraźnie, naprzemian ssąc i przygryzając jej różowe sutki. – Zaraz oszaleje – jęknął, kiedy zsunęła się z jego kolan i stanęła przed nim naga.
         „Jest idealna. Taka drobna i pociągająca. I moja. Jest tylko moja.ˮ omiótł jej ciało długim badawczym spojrzeniem, zaczynając od zgrabnych łydek, poprzez krągłe biodra, wyraźnie zarysowane wcięcie w talii oraz jędrne piersi, które idealnie mieściły się w jego dużych dłoniach.
         – Wstań, proszę – jęknęła cicho, z trudem panując nad łamiącym się głosem.
         Alan stanął przed nią, opierając dłonie na jej biodrach i żałując każdego centymetra, jaki ich dzielił przycisnął ją mocno do siebie, ciągle nie spuszczając z niej zachłannego wzroku.
         – Pozwól mi... – wychrypiała i zrobiła krok w tył znów sięgając do klamry jego paska. Tym razem jej nie powstrzymywał. Wiedział, że nie ma sensu dłużej przeciągać tej słodkiej tortury, tym bardziej, że sam był już na skraju szaleństwa.
         Jego sprane dżinsowe spodnie, zsunęły się z pomocą niecierpliwych dłoni Dominiki i opadły na podłogę, a sprzączka skórzanego paska uderzyła ze stłumionym dźwiękiem o miękką wykładzinę. Pospiesznie zdjął ze stóp wysokie, skórzane buty oraz śnieżnobiałe skarpetki z firmowym znaczkiem znanej marki, pozostając jedynie w nabrzmiałych bokserkach z czarnym napisem Calvin Klein na ich obwódce wokół pasa, które przylegały do jego ciała, ciasno opinając wąskie biodra.
         „O Bożeˮ wypuściła długo wstrzymywany oddech i mocno zagryzła dolną wargę. Stał przed nią w bladym świetle latarni, wpadającym do jego sypialni przez otwarte na oścież okno. Był wyprostowany i pewny siebie. Miał w sobie coś co sprawiało, że stał się jeszcze bardziej pociągający niż zwykle.
         – Je też ściągnij – wychrypiała, wpatrując się w białe bokserki. Uśmiechnął się i posłusznie wykonał jej polecenie, po czym podszedł do niej, uniósł jej drobne ciało do góry i razem z nią opadł na miękki materac ogromnego łóżka.      
         – Co chcesz, żebym teraz zrobił? – rozsunął jej kolana i ułożył się między nimi, wspierając się na mocnych ramionach nad jej rozpaloną twarzą. Sięgnął dłonią do wnętrza jej ud i sunął nią niespiesznie w górę, ledwo muskając  miękką skórę.  Przyglądał się jak zmienia się wyraz jej twarzy, kiedy dotykał jej coraz odważniej i w coraz bardziej intymne miejsca. Uśmiechnął się z satysfakcją, kiedy poczuł przyjemną wilgoć na swoich palcach – Powiedz, co mam zrobić?
         – Kochaj się ze mną – szepnęła, czując jak każdy centymetr jej ciała płonie pod dotykiem jego szorstkich dłoni.
         – Już? Tak szybko? Jest tyle, rzeczy, które możemy teraz zrobić – zaśmiał się, scałowując z jej szyi drobne kropelki potu. 
         – Mamy na to całe życie, teraz chcę, żebyś we mnie wszedł i kochał się ze mną tak długo, aż oboje dojdziemy.
         – W porządku, Księżniczko – sięgnął do kieszeni spodni i wyjął z niej czarny skórzany portfel.
         – Co robisz? – zapytała przyglądając mu się z niecierpliwością.
         – Mówiłaś, że nie bierzesz tabletek, więc... – urwał i pomachał jej w powietrzu zapakowaną w błyszczący pakiecik prezerwatywą.
         – Nie musisz jej zakładać. Jestem pewna swoich uczuć, i tego, że czujesz do mnie to samo. Po co nam...
         – Skarbie – przywarł wargami do jej czerwieńszych niż zwykle ust, odrzucił na podłogę nierozpakowaną prezerwatywę, i  tak jak prosiła, wszedł w nią niespiesznie. To, że zgodziła się oddać mu cała bez zabezpieczenia, było dla niego największym dowodem na to, jak bardzo go kocha, i że ufa mu i wierzy w jego miłość bezgranicznie.
         Poruszał się leniwie, rozkoszując jej ciepłym, wilgotnym wnętrzem. Zwalniał i przyspieszał, szeptając do jej ucha słodkie słowa mieszające się z przekleństwami. Jedną rękę wsunął pod jej plecy i przycisnął ją mocno do siebie, nie pozostawiając między ich nagimi ciałami, choć milimetra wolnej przestrzeni. Drugą pieścił jej jędrne piersi, które pod dotykiem jego palców i języka, stały się pełniejsze i bardziej krągłe niż do tej pory. Dominika raz po raz wbijała paznokcie w jego muskularne plecy, zostawiając na nich kształty w postaci zaczerwienionych półksiężyców.
         – Szaleję za tobą, wiesz? – szepnął, odgarniając z jej czoła długie kasztanowe włosy.
         Z każdym pchnięciem bioder słyszał stłumiony jęk rozkoszy, wyrywający się z rozchylonych ust, wijącej się pod jego ciałem Dominiki.
         – Alan – wykrzyczała głośno jego imię, unosząc w górę biodra, po czym opadła bezwładnie na miękki materac, dysząc ciężko i z trudem łapiąc powietrze. Przyspieszył i czując na pośladkach jej delikatne dłonie, którymi przyciągała go do siebie, zmuszając by zanurzył się w niej głębiej, wypełnił jej wnętrze ciepłym orgazmem.
         Głośno wypuścił wstrzymywany oddech i otarł wierzchem dłoni drobne krople potu, które błyszczały na jego czole, po czym wsparty na łokciu położył się tuż obok niej. Nie potrafił oderwać wzroku od jej rumianej i uśmiechniętej twarzy.
         – Co? – zapytała, czując na sobie jego przeciągłe spojrzenie.
         – Nic, oprócz tego, że jestem cholernie szczęśliwy – opadł na plecy, wyciągnął rękę nad jej głową, robiąc dla niej miejsce przy swojej piersi. Niemal natychmiast do niego przywarła, wtulając głowę w zagłębieniu jego obojczyka, a on otoczył ją muskularnym ramieniem, wodząc palcami po jej zaokrąglonym biodrze.  – Obiecaj mi, że zawsze będziesz mnie tak pragnąc, jak tej nocy.
         – Nic prostszego – zachichotała, czując na twarzy przyjemny powiew rześkiego wiatru. – Już dawno mogło być nam tak dobrze, gdybyś się nie powstrzymywał. Teraz też już traciłam nadzieję, a jednak udało mi się jakimś cudem cię skusić.
         – Dobrze wiesz czemu się wzbraniałem, gdyby chodziło tylko o mnie nie miałbym żadnych hamulców. Wtedy byłaś jeszcze z nim, wiedziałem, że jeśli do tego dojdzie, będziesz żałować, a to by mi chyba złamało serce.
         – A dzisiaj? Przecież ja i Igor to już zamknięty rozdział w moim życiu, więc czemu znów się wahałeś?
         – Skarbie, byłaś wyczerpana, nie miałaś siły nawet podnieść do ust kanapki – zaśmiał się i pocałował czubek jej głowy – Poza tym trochę się bałem.
         – Czego? – podniosła się na tyle, by mogła spojrzeć mu w oczy.
         – Tego, że kiedy zacznę cię dotykać, przypomnisz sobie o nim, o tym jak on cię dotykał, jak sprawiał ci ból. Nie mogłem do tego dopuścić.
         – Alan, przecież ja właśnie tego potrzebowałam. – spojrzała na niego czule i pocałowała jego zarośnięty policzek – Potrzebowałam twoich pocałunków, twoich dłoni, twojego pożądania, żeby zapomnieć o tym wszystkim co się stało i iść naprzód. W jedną krótką chwilę wyleczyłeś mnie ze wszystkich obaw i strachów, które gdzieś tam we mnie drzemały.
         – Więc, co zamierzasz teraz zrobić?
         – Teraz zamierzam być cholernie szczęśliwa – roześmiała się perliście naśladując jego niski głos– Z tobą, wariacie.

                                                                                                                








                        KONIEC CZĘŚCI PIERWSZEJ

niedziela, 19 lipca 2015

TA OSTATNI NIEDZIELA, DZISIAJ SIĘ ROZSTANIEMY...

Kochane moje, piszę ten post ze łzami w oczach, bo tak właśnie przed chwilą do mnie dotarło, że to już naprawdę koniec. Koniec historii Dominiki i Alana. Czy będzie happy end? Przekonacie się już niedługo, muszę tylko dopisać kilka ostatnich zdań. Może uda mi się wrzucić rozdział jeszcze przed północą, a jeśli nie to jutro pojawi się na tysiąc procent.
Korzystając z okazji pragnę wam podziękować za obecność i wsparcie, wiem, że się powtarzam, ale co poradzić. Chcę, żebyście wiedzieli, że to dzięki wam i waszym wspaniałym komentarzom udało mi się skończyć to opowiadanie. Jeszcze raz z całego serca dziękuję za poświęcony czas i do zobaczenia wkrótce
wasza mewa :****

niedziela, 12 lipca 2015

ROZDZIAŁ TRZYDZIESTY DRUGI

         Alan ciężkim butem docisnął pedał gazu, zmuszając silnik do głośnego jęku. Ich bezwładne ciała wbiły się w miękkie fotele z kremowej skóry, poddając się sile, buchających spod maski koni mechanicznych.
Spojrzał przelotnie we wsteczne lusterko i płynnym ruchem wrzucił wyższy bieg. Widok niewielkiego domu Wandy oraz rosnących dookoła rozłożystych drzew, zmniejszał się, aż w końcu zniknął, ustępując miejsca pustej drodze oraz wysokim latarniom, stojącym w równym szeregu po jej obu stronach. W ich bladym świetle tańczyły miliony drobniutkich jak pył kropel deszczu, które swój krótki żywot kończyły na ulicy, tonącej w jednej wielkiej kałuży lub na przedniej szybie czarnego Opla Insigni, ginąc pod wahadłowym ruchem upartych wycieraczek.
         Alan raz jeszcze spojrzał w lusterko i upewniając się, że nie ma za sobą radiowozu a w nim rozwścieczonego Irka, przeniósł wzrok na Dominikę.
Siedziała obok na miejscu pasażera. Była nieruchoma, jakby jakieś zabłąkane zaklęcie złej czarownicy zamieniło ją w posąg. Jedynie unosząca się rytmicznie klatka piersiowa zapewniała o życiu, tlącym się w jej kruchym ciele. Miała zamknięte oczy, a długie rzęsy rzucały cienie na jej spuchnięte policzki. Mimo iż na zewnątrz było parno a w aucie pracowało ogrzewanie, cała dygotała, kurczowo zaciskając ręce na swoich ramionach, jakby ciągle broniła się przed natarczywymi dłońmi Igora.
         Mężczyzna otworzył usta, chcąc ją zapewnić, że wszystko się ułoży, jednak zamknął je równie szybko, wydając z siebie cichy pomruk rozpaczy, kiedy dotarło do niego, że nie jest w stanie dobrać odpowiednich słów, by ją pocieszyć.
         „Co z ciebie za facet? Mówiłeś, że zrobisz dla niej wszystko, że nigdy, przenigdy jej nie zostawisz, że zawsze będziesz ją kochał i wspierał, a teraz siedzi obok ciebie bliska załamania, a ty nawet nie wiesz co powiedzieć? ˮ głos jego podświadomości stawał się zbyt natarczywy, jednak mimo wysiłku nie potrafił go uciszyć.
         Rzucił kolejne przelotne spojrzenie we wsteczne lusterko, wykrzywiając usta w nieśmiałym uśmiechu. Jego wyobraźnia lubiła wykraczać poza wszelkie granice, ale to, jakie obrazy podsuwała mu w tej chwili pod powieki było zupełnie nie na miejscu.
         – Wyobraziłem sobie, że właśnie obrobiliśmy bank i uciekamy przed policją z torbą wypchaną pieniędzmi – zamrugał w pośpiechu nie wierząc, że wypowiedział te idiotyczne słowa na głos i zły na siebie mocniej zacisnął dłonie na kierownicy, modląc się, żeby jakimś cudem go nie usłyszała.   
         – Coś jak w teledysku "Hero" Iglesiasa? – roześmiała się na tyle szeroko na ile pozwalała jej opuchnięta warga. –  Z tą różnicą, że tamta dziewczyna była o niebo ładniejsza.
          „Ty cholerny idioto.ˮ przeklął w myślach, ciągle będąc pod wrażeniem swojej głupoty „Ona mogłaby mieć każdego, a zapatrzyła się na takiego dupka jak ty, który zamiast być dla niej oparciem w tak trudnym momencie, gada co mu ślina na język przyniesie.ˮ
         – Przepraszam, ja... ja nie powinienem... wyrwało mi się – posłał jej błagalne spojrzenie, spodziewając się potoku wyzwisk pod swoim adresem, jednak jej pogodna twarz, mimo siniaków i zadrapań, wyrażała spokój, a nawet radość.
         – Nie żartuj, to lepsze niż użalanie się nade mną – wzruszyła ramionami, przyglądając się drobnym kroplom deszczu, padającym gęsto na przednią szybę samochodu. – Słowo daję, gdybyś powiedział coś w stylu, tak mi przykro albo nie martw się, wszystko się ułoży, jak Boga kocham, wysiadłabym z auta.
         – Chyba w takim momencie nie na miejscu byłoby się przyznać, że właśnie coś takiego chciałem powiedzieć, ale jakoś nie potrafiłem znaleźć odpowiednich słów?
         – Chyba tak – roześmiała się, poprawiając zabłąkany kosmyk włosów, który uwolnił się spod ciasno zawiązanej gumki na czubku głowy.
         „Czy kiedyś przyjdzie taki dzień, że uda mi się przewidzieć ze stuprocentową pewnością jej zachowanie? Czy już do końca życia będzie mnie zaskakiwać, tak jak zrobiła to teraz?ˮ włączył lewy kierunkowskaz i sprawnym ruchem zmienił pas, wymijając stojący na przystanku autobus. „Jeśli tak, to właściwie nie mam nic przeciwko temu.ˮ pokręcił głową z niedowierzaniem, czując niewysłowioną ulgę, która otuliła jego skrępowane ciało.
         – Skąd ta zmiana? W domu byłaś przerażona i bliska załamania. – posłał jej badawcze spojrzenie i z powrotem wrócił wzrokiem do malującej się przed nimi drogi. – A już na pewno nie miałaś ochoty na żarty.
         – Ciągle jestem przerażona, ale wydaje mi się, że gdybym cały czas o tym myślała i rozpamiętywała każdy szczegół, chyba bym zwariowała. – nabrała powietrza w płuca po czym głośno je wypuściła. – Nie chodzi o to, że wmawiam sobie, że to był tylko sen, że tak naprawdę to się nie stało, albo, że spotkało to kogoś z moich znajomych, ale pomyślałam sobie, że lepiej będzie do tego nie wracać i się nad sobą nie użalać. Z resztą, co mi to da? Będę się czuła tylko gorzej.
         –  Zadziwiasz mnie, wiesz? – odszukał jej dłoń i mocno ją ścisnął. Mimo tylu różnic pasowały do siebie idealnie. Jej delikatna i miękka, z połamanymi w walce z Igorem paznokciami. Jego duża i szorstka z pozdzieranymi do krwi kostkami. Splecione w mocnym uścisku stanowiły nierozerwalną jedność– Trzeba cholernie dużo siły, żeby tak sobie postanowić i trzymać się tego.
W odpowiedzi wzruszyła tylko ramionami, po czym przekręciła gałkę, wyłączając ogrzewanie i rozsiadła się wygodniej w fotelu. Gdyby nie rozbita warga oraz skroń, z której wciąż sączyła się krew, spływająca po sinym i spuchniętym policzku, by na koniec wsiąknąć w miękki wełniany sweter, który miała na sobie, wyglądałaby zupełnie normalnie.
         – Nie wygląda to zbyt dobrze – spojrzał wymownie na jej rozbity łuk brwiowy i skrzywił się na widok głębokiej rany, która, mimo iż minęło sporo czasu, nadal nie przestawała krwawic.
         – Komplemenciarz z ciebie żaden – prychnęła pod nosem.
         – Przecież cię uprzedzałem, że w tych sprawach jestem dość ograniczony.
         – Tak, ograniczony, to bardzo dobre słowo – przewróciła oczami i uśmiechnęła się do swojego odbicia w skąpanej w drobnych kroplach deszczu szybie. 
         Alan gwałtownie przyhamował. Bezwładne ciało Dominiki poderwało się do przodu, jakby zostało wystrzelone z procy, a naprężone pasy wpiły się w jej szyję, zostawiając po sobie płonący czerwienią ślad. Jęknęła głośno, czując rwący ból, który niemal natychmiast rozszedł się po jej ciele.
         – Przepraszam, skarbie – uśmiechnął się gorzko i włączając prawy kierunkowskaz, zjechał ostrożnie w wąską dróżkę między oddalonymi od siebie o dobrych kilkadziesiąt metrów budynkami.
         Krajobraz, który rozciągał się przed nimi zupełnie nie przypominał zwykle gwarnych, jednak tym razem opustoszałych przez padający deszcz, ulic Helu. W tle malował się ciemny zarys gęstego lasu oraz równy dywan złocistych zbóż, uginających się pod gęstymi kroplami na nowo wzbierającego na sile deszczu.
         – Teraz? Tutaj? – zapytała nie kryjąc zdziwienia, kiedy zobaczyła, że Alan ściąga przez głowę koszulkę, którą miał na sobie. Wlepiła pożądliwy wzrok w jego umięśnione ciało i zupełnie nie zdając sobie sprawy z tego, że traci nad sobą kontrolę, oblizała a potem przygryzła dolną wargę, trzepocząc przy tym zalotnie rzęsami.    
         – Co? – uniósł pytająco brwi, a kiedy dotarł do niego sens jej słów roześmiał się głośno, odsłaniając idealną linię śnieżnobiałych zębów – Nie głuptasku, chociaż gdybyś była w nieco lepszej formie moglibyśmy podyskutować – zwinął koszulkę w kłębek i przyłożył do rany na jej skroni.
                   „Do jasnej Anielki, co to wszystko ma znaczyć? Miałam nadzieję, że robienie z siebie idiotki przed Alanem to już zamknięty temat, ale nie, gdzie tam. Dzień bez obciachu to dzień stracony, jakżeby inaczej.ˮ z zamyślenia wyrwał ją przenikliwy ból w okolicach skroni, który niemal natychmiast pod dotykiem miękkiego materiału bawełnianej koszulki, rozszedł się po całym ciele, zaczynając od poranionych o rozbite szkło stóp, aż po nasadę potarganych w walce z Igorem włosów.
         – Pobrudzi się – jęknęła, wykrzywiając usta w grymasie.
         – I tak jest już do wyrzucenia – spojrzał wymownie na drobne plamy krwi Igora, które jak niechciana blizna szpeciły i nie dawały zapomnieć o tym co się stało.
         Dominika zacisnęła powieki i mocno zagryzła zęby, walcząc z rwącą raną. W tym samym momencie, jak na komendę pojawiły się obrazy, których wolałaby nie pamiętać. Głośny trzask rozbijanej butelki. Igor, zrywający z jej ciała bieliznę. Jej rozpaczliwy płacz i jego sadystyczny śmiech. Alan, dobijający się do drzwi. Głuchy odgłos pięści masakrujących wypielęgnowaną twarz Pana Prezesa.
         – No tak, przykro mi. – potrząsnęła głową, starając się odpędzić ciążące myśli.
         „Tylko się nie rozklej! Słyszysz? Nie wolno ci płakać. Nie waż się uronić ani jednej łzy. Ten dupek zgnije w więzieniu, a ty musisz tego dopilnować.ˮ
         – Daj spokój i tak za nią nie przepadałem. – Pogodny ton jego głosu był balsamem dla jej zszarganych nerwów – A teraz, bardzo cię proszę, jeśli mamy bezpiecznie dojechać do szpitala to przytrzymaj sobie tą koszulkę, dobrze?
         – Szpitala? – jęknęła głośno, błagając w myślach, by okazało się, że się przesłyszała.
         – Tak, szpitala. Bez szycia się nie obejdzie – pospiesznie wrzucił wsteczny bieg i z powrotem znaleźli się na drodze.
         – Nie ma mowy, żadnego szycia – zaprotestowała stanowczo – Wiesz, że się boję igieł. Nie absolutnie, nie zgadzam się!
         – Skarbie, bardzo cię proszę – odwrócił głowę w jej stronę i uśmiechnął się szeroko, widząc jej złowrogie spojrzenie, które słała mu spod przytkniętej do skroni koszulki. – Nie po to wyszarpałem cię z rąk nadgorliwego Irka, ryzykując skucie kajdankami, a może nawet potraktowanie policyjną pałką, żebyś mi się tu teraz wykrwawiła. Pojedziemy do szpitala, czy ci się to podoba czy nie, nawet jeśli miałbym cię tam siłą zaciągnąć, a wierz mi lub nie, w tych mięśniach zostało jeszcze trochę krzepy na czarną godzinę.
         Dominika wydęła usta i teatralnie przewróciła oczami.
         – Rozumiem, że dyskusja nie wchodzi w grę?
         – Ani troszkę.
         – A przekupstwo? – wyciągnęła dłoń i dotknęła jego brzucha tuż przy metalowej sprzączce skórzanego paska. W jednej chwili, jak na komendę jej serce przyspieszyło, a tępy ból ustąpił miejsca przyjemnemu mrowieniu.
Uśmiechnęła się łobuzersko widząc, że reakcja Alana jest niemal identyczna. 
„Dzięki Bogu! Już się bałam, że po tym wszystkim co zrobił mi Igor, zmienię się w kamień.ˮ
         – Ktoś tu dzisiaj jest bardzo niegrzeczny – pogroził jej palcem w powietrzu, udając srogą minę – Na szczęście jesteśmy już na miejscu – pocałował jej policzek i wyskoczył pospiesznie z auta, obiegł je dookoła i otworzył przed nią drzwi – Ale powiem ci w tajemnicy, że mało brakowało, a udałoby ci się mnie przekupić – złapał ją pod rękę i pomógł jej wyjść. Był delikatny, jakby obchodził się z kruchym, wartym milion dolarów unikalnym dziełem sztuki. Mimo swojej muskularnej budowy ciała, mocnym, zaciętym  rysom twarzy i łatce niepokornego chłopca, którą przypięła mu na samym początku ich znajomości, ta czułość i empatia pasowały do niego idealnie. 
         – Zamierzasz tak wejść do środka? – omiotła go długim uważnym spojrzeniem, zatrzymując wzrok na umięśnionym brzuchu i tatuażu na lewej piersi, pod którym skrywał blizny z przeszłości. Wyglądał idealnie, do tego stopnia, że nie wahałaby się ani chwili zamknąć go w przysłowiowej złotej klatce, by ustrzec przed wygłodniałym wzrokiem innych kobiet. Nie chciała z kimkolwiek dzielić się pięknie wyrzeźbionym ciałem niesfornego pana kapitana, ubranego jedynie w sprane dżinsy, z wieloma przetarciami na nogawkach oraz ciężkie, rozsznurowane buty, sięgające mu powyżej kostek.
         – Cóż myślę, że widzieli gorsze przypadki – roześmiał się promiennie i pociągnął Dominikę w stronę szpitala.
         „Tylko nie zapomnij oddychać, wdech, wydech.ˮ nakazała sobie w myślach i wtuliła się w jego ciepłe, muskularne ramiona.
         Kiedy stanęli w drzwiach zatłoczonej poczekalni, tak jak się spodziewała, wszystkie czekające w kolejce kobiety od razu rzuciły w jego kierunku pożądliwe spojrzenie. Nawet młoda dziewczyna, trzymająca na kolanach kilkuletniego synka o pucołowatej różowej buźce na chwilę wstrzymała oddech i nie mrugając przez dłuższy czas starała się zapamiętać każdy najdrobniejszy szczegół jego wyglądu.
         – Dlaczego mnie to nie dziwi? – syknęła głośniej niż zamierzała, a siedzące najbliżej nich panie, czując się dotknięte aluzję, rzuconą pod ich adresem, z powrotem zatopiły spojrzenia na kartkach czasopism, którymi starały się zabić długie minuty oczekiwania na swoją kolejkę.
         – Co ty tu za dywersje urządzasz? – uśmiechnął się do niej zawadiacko, wyraźnie zadowolony, że jest zazdrosna o spojrzenia obcych kobiet – Siadaj grzecznie na krzesełku, a ja pójdę się czegoś dowiedzieć w rejestracji.
         – Ale zobacz jaka kolejka. Do jutra będziemy tu sterczeć jak te kołki a i tak się nie doczekamy. Proszę, wracajmy do domu. To bez sensu.
         – Proszę cię przestań ze mną dyskutować. – Pocałował jej spuchnięty policzek i nie zważając na prośby, mieszające się z pogróżkami, odwrócił się na pięcie i pospiesznym krokiem ruszył w głąb korytarza, do znajdującej się na jego końcu rejestracji.
         Dominika przez chwilę rozważała plan ucieczki, jednak zrezygnowała z niego, zdając sobie sprawę, że faktycznie zaczyna zachowywać się jak dziecko. I to w dodatku bardzo rozkapryszone i uparte. Głośno wypuściła powietrze i z rezygnacją opadła na drewniane krzesełko, wpatrując się tęsknym wzrokiem w wyjściowe drzwi.
         „A może by tak... Nie, nie, nie, wykluczone!ˮ zamrugała kilka razy, odganiając od siebie kuszącą myśl i mocniej przycisnęła koszulkę Alana, która w tym momencie służyła za wacik, do jątrzącej się rany w skroni. „To tylko kilka ukłuć i będzie po strachu. Igieł mogą się bać pięcioletnie dziewczynki, ale nie takie stare kozy jak ty. Weź, ty się w końcu ogarnij!ˮ
         Z zamyślenia wyrwał ją głośny kaszel siedzącego naprzeciwko niej starszego mężczyzny oraz dobiegający z kąta pomieszczenia histeryczny płacz małej córeczki, którą ojciec w pocie czoła kołysał na rękach, jednak jego starania ciągle szły na marne. Dziewczynka zanosiła się łzami z trudem łapiąc oddech. Przypominała rybkę, którą fala wyrzuciła na brzeg.
         „Biedactwoˮ spojrzała na nią czułym wzrokiem, powstrzymując w sobie chęć przytulenia się do dziecka „Jakbym widziała siebie dwadzieścia lat temu.ˮ
         – Helu, a twoje petunie w tym roku też są takie leniwe? Moje nijak nie chcą kwitnąć – Dominika parsknęła stłumionym śmiechem, przyglądając się z ciekawością dwóm starszym paniom, które nie zwracając uwagi na gwar i krzątający się po korytarzu personel, rozmawiały w najlepsze.
         – Już jestem – Alan wyrósł przed nią jak spod ziemi, sprawiając, że wzdrygnęła się i podskoczyła w górę na krześle.
         – Ojej, naprawdę tak źle wyglądam? – usiadł obok niej, przyciągnął ją do siebie i mocno przytulił.
         Dominika zamknęła oczy wsłuchując się w miarowe bicie jego serca, które od czasu do czasu zagłuszał głośny stukot szpitalnych drewniaków.
         – Co mam powiedzieć, kiedy zapytają co mi się stało? Nie chcę żeby ktokolwiek wiedział, że... – jęknęła w jego ciepłą skórę.
         – Nie denerwuj się, skarbie, zamierzam wejść z tobą do środka i obronić cię przed każdym trudnym pytaniem – pocałował czubek jej głowy.
         – Tylko bardzo cię proszę, bądź miły dla pana chirurga, bo jeśli potraktujesz go tak jak... Igora – skrzywiła się wypowiadając imię mężczyzny – to kto zajmie się doprowadzeniem jego twarzy do jako takiego wyglądu?
         – Chirurg powinien być wszechstronnie uzdolniony, a jeśli zaszłaby taka potrzeba to nawet założenie samemu sobie szwów nie powinno być dla niego problemem – roześmiał się, widząc, że humor dziewczyny polepsza się z każdą chwilą. – Wiesz, ciągle jestem pod wrażeniem. Przepraszam, ale naprawdę twoja buźka nie wygląda za dobrze. Z mojej koszulki, można wyżymać krew, masz wargi jakby ci wstrzyknęli tonę botoksu, oczy umalowane wszystkimi kolorami jakie można sobie tylko wyobrazić, a ty siedzisz tu, zupełnie beztrosko, tulisz się do mnie i przepraszam, że to powiem, ale bardziej przypominasz dziewczynę, która przed chwilą spadła ze schodów, a nie ofiarę przemocy i próby gwałtu.
         – To nie jest tak, że o tym nie myślę. Co chwilę pojawiają mi się przed oczami różne urywki wydarzeń, wiesz jak slajdy wyświetlane przez projektor i pewnie przez długi czas zostanie mi jakiś uszczerbek na psychice. No, ale co mam zrobić, czasu przecież nie cofnę, prawda? – podniosła głowę z spojrzała mu głęboko w oczy – Coś się kończy, coś się zaczyna.
         – Co masz na myśli mówiąc "coś się zaczyna"?
         – Potem ci powiem – zaśmiała się zalotnie i z powrotem zatonęła w uścisku jego mocnych ramion, czując, że właśnie znalazła najbezpieczniejsze miejsce na świecie, w którym nie jest w stanie spotkać ją żadna krzywda.
         „Tego mi było trzeba. Nie żadnych rozmów z psychologiem, nie terapii, nie leków. Alan wystarczy.ˮ
         Drzwi do gabinetu otworzyły się z cichym piskiem, a wisząca na nich tabliczka z numerem siedem zakołysała się delikatnie.
         – Pani Łęcka? – Dominika podniosła wzrok na doktora, stojącego w progu pokoju, który z szerokim uśmiechem na ustach zapraszał ją do środka  zamaszystym gestem dłoni. – Kobiety w ciąży poza kolejnością – oznajmił spokojnym, ale stanowczym głosem, kiedy w kolejce podniósł się ożywiony gwar niezadowolenia. 
          „I jak tu zawału nie dostać? Właśnie pożegnałam panieńskie nazwisko i stałam się panią Łęcką, szkoda tylko, że nie mam na imię Izabela, mogłabym się chwalić, że byłam inspiracją dla Prusa, kiedy tworzył dzieło swojego życia. A do tego jeszcze ciąża. Nawet nie chcę myśleć, co on nagadał tej kobiecie w rejestracji, albo co gorsza, co jej naobiecywał.ˮ
         – No, pani Łęcka, dalej, nie mamy całej wieczności – Alan z zawadiackim uśmiechem na ustach pomógł jej wstać i pociągnął za sobą do gabinetu.
         – Będziesz się w piekle smażył za te kłamstwa – szepnęła, nie potrafiąc pohamować śmiechu.
         – Ja tylko nieco wyprzedziłem fakty. – wzruszył ramionami i zamknął za nimi drzwi pokoju.
         Chirurg Jerzy Sobczak, jak głosiła prostokątna tabliczka na jego uporządkowanym biurku, był mężczyzną, od którego nie sposób było oderwać wzroku. Pierwsze co rzucało się w oczy to nad wyraz niski wzrost. Dominika, mimo iż sama nie należała do wysokich osób, przewyższała go o głowę, a przy barczystym i blisko dwumetrowym Alanie wyglądał jak miniaturka człowieka. Biały uniform, który miał na sobie sięgał mu do połowy łydek, a wysoko podwinięte rękawy odsłaniały krępe przedramiona, porośnięte gęstym dywanem czarnych włosów. Jednak największą uwagę przykuwały jego oczy, którymi spoglądał spod okularów osadzonych na czubku garbatego nosa. Były jasne. Tak jasne, że ledwie barwiły się szarością.
         „Białe oczy, jak Boga kocham, białe oczyˮ
         – Alan, cieszę się, że cię widzę – uniósł do góry głowę i posłał mu szeroki uśmiech, który wywołał urocze dołeczki w pucołowatych policzkach. – To znaczy cieszyłbym się bardziej, gdybyśmy się spotkali w przyjemniejszych okolicznościach. – uścisnął mu dłoń i poklepał go przyjaźnie po ramieniu – Tylko proszę cię nie rośnij już, wpędzasz mnie w kompleksy.
         – Dla ciebie wszystko, Jurku – roześmiał się głośno.
         „No tak, dlaczego mnie to nie dziwi, najpierw znajomy policjant, teraz znajomy lekarz, a ślubu, mogę się założyć, udzieli nam znajomy ksiądz. Czy jest ktoś w tym mieście, kogo nie zna? Szczerze w to wątpięˮ
         – Święty Boże, gdzie się podziała moja kultura? Pani wybaczy – ujął jej dłoń i pocałował ją, jak to mieli w zwyczaju robić zacni rycerze, ubiegający się o względy księżniczki.
         – Panie Doktorze...
         – Jurku, proszę mi mówić po imieniu, przyjaciele Alana są moimi przyjaciółmi.
         – Dominika – uśmiechnęła się serdecznie, czując, że strach jaki do niedawna nie pozwalał jej spokojnie oddychać odszedł w niepamięć. Żałowała, że nigdy w życiu nie spotkała na swojej drodze lekarza, który choć w małym stopniu przypominałby Jurka. Każdy z którym miała styczność, czy to w dzieciństwie, kiedy z jednej choroby przechodziła w drugą czy podczas zawału mamy i długim dniom spędzonym w szpitalu przy jej łóżku, każdy z nich okazywał się być nieczułym i obojętnym na ludzką krzywdę i cierpienie.
         – Ojojoj – zagwizdał głośno kiedy Dominika odchyliła przesiąkniętą krwią koszulkę i odsłoniła jątrzącą się ranę nad brwią. – Nie wygląda to za dobrze. Usiądź sobie wygodnie, o tutaj, a ja się pobawię w szwaczkę.
         Wzięła głęboki oddech i opadła na niskie łóżko ustawione na środku gabinetu. Dookoła wisiały plakaty przedstawiające zdjęcia otwartych złamań u rąk i nóg oraz rysunek szkieletu z dokładnie opisaną nazwą każdej kości.
         – W porządku? Zamknij oczy i pomyśl o czymś miłym.
         Dominika posłuchała rady lekarza, rzuciła ostatnie spojrzenie stojącemu przy łóżku Alanowi i zacisnęła powieki, przypominając sobie najpiękniejsze chwile, które dane jej było przeżyć w ostatnim czasie. Każde wspomnienie  było nierozerwalnie związane z mężczyzną, którego kochała bardziej, niż była w stanie wyrazić to słowami. Kąciki jej ust drgnęły, kiedy przed oczami pojawiło się skąpane w bladym świetle świec przytulne wnętrze małego baru na plaży oraz okrągły stolik w rogu sali nakryty białym koronkowym obrusem.

            Przez dłuższą chwilę przyglądał się jej miodowym oczom, w których błyszczały radosne iskierki. Odgarnął jej z czoła zabłąkany kosmyk kasztanowo-rudych, wypłowiałych od słońca, włosów i spuścił wzrok na rozchylone usta, pomalowane szminką w kolorze soczystej brzoskwini.
            - Nie - przejechał opuszkiem palca po jej spierzchniętej wardze. – Nie chcę, jeśli masz potem tego żałować.
            - Nie będę – jęknęła, przeglądając się w jego błękitnych oczach, przypominających odcieniem kolor spokojnego morza w słoneczny dzień.
            Zapanowała między nimi głucha cisza, która nie ciążyła im, ani nie krępowała, a wprost przeciwnie dawała poczucie ukojenia i spełnienia.

Wzdrygnęła się czując nieprzyjemne ukłucie i z powrotem wróciła do wspomnień, które działały na nią lepiej niż znieczulenie.

            - Alan… -  uśmiechnęła się promiennie wciąż nie spuszczając z niego wzroku.
            - Ciii – przysunął się do niej, wodząc nosem po rumianym policzku – Nic nie mów. – zatopił dłoń w jej długich włosach, drugą objął ją mocno w talii i nie mogąc się dłużej powstrzymać, przelotnie musnął jej drżące wargi. Na początku delikatnie i niepewnie, jak gdyby nie wiedział na ile może sobie pozwolić, lecz kiedy usłyszał jej cichy jęk rozkoszy pogłębił pocałunek, wsuwając język w jej rozchylone, proszące o więcej usta. Poczuła na ramionach dotyk jego szorstkich, spracowanych dłoni. Przyciągnął ją jeszcze bliżej, żałując każdego centymetra, jaki ich dzielił i przywarł do niej całym sobą, zamykając ją w klatce swoich barczystych ramion. Całował coraz odważniej, przygryzając jej wargi, a ona z radością oddawała mu każdy pocałunek, uświadamiając sobie, że już dawno nie czuła tak wielkiego pożądania. Zachłannymi wargami schodził coraz niżej, pieszcząc jej szyję i płatek ucha. – Uwielbiam cię – jęknął, omiatając ją gorącym oddechem.*

         Głośno wypuściła powietrze i nie mogąc dłużej utrzymać na wodzy drgających kącików ust uśmiechnęła się promiennie.
         „Znamy się miesiąc a przeżyłam z nim więcej cudownych chwil, niż przez cztery cholernie długie, wyprane z jakichkolwiek emocji lata z Igorem. Dał mi więcej szczęścia niż mogłam sobie wymarzyć. Nawet nie chcę myśleć, co by było, gdybym wtedy nie poszła z Reą na plażę, gdyby mi nie uciekła pewnie nigdy bym go nie poznała i dalej żyłabym w toksycznym związku myśląc, że tak właśnie wygląda prawdziwe życie, a nie to przekolorowane, które pokazują nam na ckliwych romansach. Szukałam psa a znalazłam miłość. Nieźle. Gdyby Majka mogła słyszeć moje myśli, jestem pewna, że powiedziałaby, że głupi ma zawsze szczęście. Cóż... ˮ
         – No i już po wszystkim – z zamyślenia wyrwał ją piskliwy i nieco zachrypnięty głos doktora, który sprawnym ruchem zdarł z dłoni gumowe rękawiczki i wyrzucił je do stojącego przy umywalce kosza na śmieci.
         – Już? – Dominika otworzyła szeroko oczy, nie kryjąc zaskoczenia. Myśli o Alanie i ich pierwszym pocałunku zupełnie zawładnęły jej umysłem, odcinając ją od tego co się działo dookoła. Jurek, gdyby tylko chciał i posiadał odpowiednie umiejętności, mógłby przeprowadzić operację na otwartym sercu albo nawet wyciąć jej nerkę, a pewnie nawet by tego nie zauważyła.
         – Widzisz, a tak się bałaś – Alan podał jej rękę i pomógł podnieść się z łóżka.
         – Dziękuję, Jurku. Rzeczywiście, gdybym wiedziała, że będę w rękach tak znakomitego chirurga nie stawiałabym oporu.
         – Cieszę się, że mogłem pomóc, mam wobec Alana ogromny dług wdzięczności – spojrzał znad zsuniętych na czubek nosa okularów i uśmiechnął się do niego gorzko.
         – Daj spokój – machnął ręką – Stare dzieje.
         – No dobrze, już dobrze, niech ci będzie – ujął dłoń Dominiki i uścisnął ją mocno – Życzę dużo zdrowia i obyśmy się nieprędko spotkali, Moniko, przepraszam Dominiko.
         „Moniko? Moniko? Moniko! Moniko! Moniko! Moniko!ˮ
         Jej pogodna i roześmiana twarz, na sam dźwięk imienia znienawidzonej kelnerki, zmieniła się w zaciętą i kipiącą złością, a przed oczami jak na zawołanie pojawiła się niska blondynka hojnie obdarzona przez naturę, o zbyt mocnym makijażu i wyzywającym stroju, która wdzięczyła się do Alana, gotowa oddać mu się na barowym stoliku.  
         „Kurwa macˮ zaklęła w myślach, a słowa Maryli, które rozbrzmiewały w jej głowie, przekręciły rdzawy nóż, który kilka godzin temu wbiła w jej serce.

            Dla twoich wiadomości, Alan jest teraz na kolacji z pewną sympatyczną blondyneczka, bodajże Moniką, jeśli mnie pamięć nie myli. Spotkałam ich na mieście, przyznam, że wyglądał na szczęśliwego. Widocznie miał już dość twoich kłamstw i stwierdził, że nie warto marnować czasu dla kogoś takiego jak ty.**

         „Jak mogłam o tym zapomniećˮ
         Zupełnie obojętna na to co dzieje się dookoła wyszła z gabinetu. Gwar pękającej w szwach poczekalni zupełnie nie docierał do jej uszu. Jedno słowo, które przez przypadek wyrwało się Jurkowi, zburzyło cały spokój, który z tak wielkim trudem starała się osiągnąć.
         „Monika. Monika. Monika. Pieprzona lafirynda. Monika. Ja pierdolę. Miałam, kurwa mac, nie kląć tyle. Co za suka!ˮ
         – Wsiądziesz do środka czy będziemy tak stać do rana? – podniosła na Alana nieobecny wzrok i dopiero zaczęło do niej docierać gdzie jest i co się dzieje.
         Szpitalny parking wypełniały samochody ustawione ciasno, jeden obok drugiego, a światła wysokich latarni odbijały się na ich karoseriach, tworząc czerwono-złote cienie, do złudzenia przypominające warkocze komet. Deszcz nareszcie ustał, jednak pozostawił po sobie pamiątkę w postaci rozległych kałuż, w których migotały odbicia gwiazd, gęsto usianych na niebie obok okrągłego księżyca. Powietrze było rześkie i wilgotne, a delikatny wiatr przywiał do jej nozdrzy zapach morskiej bryzy pomieszany z kwitnącą w szpitalnym parku  lawendą.
         – Skarbie? – Alan stał obok, otwierając przed nią drzwi swojego samochodu.
         – Przepraszam, trochę się zamyśliłam – powiedziała spokojnie, starając się ukryć swoje zdenerwowanie i czując na sobie badawcze spojrzenie błękitnych oczu mężczyzny wsiadła pospiesznie do środka.
         Mężczyzna głośno odetchnął i powolnym krokiem obszedł auto dookoła ze zwieszoną nisko głową. Dominika śledziła go wzrokiem przez przednią szybę czarnego Opla Insigni. Był zgarbiony, jakby dźwigał na barkach ogromny ciężar, a jego zasępiona mina sprawiała, że miała ochotę wybiec z samochodu i go przytulić.
         – Powiesz mi co się stało? Odkąd wyszliśmy z gabinetu jesteś jakaś... – usiadł za kierownicą i spojrzał na nią uważnie, szukając w głowie odpowiedniego słowa – Nie wiem, jakaś dziwna? Zrobiłem coś nie tak?
         – Nie! Wszystko w porządku, po prostu czuję, że padam na pysk – skłamała, nie spuszczając wzroku z krajobrazu za oknem.  
         – Popatrz na mnie. – ujął ją pod brodę i zmusił by odwróciła się w jego stronę – Może nie znamy się zbyt długo, ale potrafię odróżnić, kiedy coś cię gryzie, tak jak teraz. Widzę, że coś nie gra, nie wmawiaj mi że jest inaczej. Dlaczego nie chcesz mi o tym powiedzieć?
         – Widziałeś się dzisiaj z Moniką? – wyrzuciła z siebie ciążące słowa z prędkością karabinu.
         – Co?
         – Z Moniką z baru! – krzyknęła nie potrafiąc dłużej zapanować nad emocjami – Czy się z nią widziałeś!
         – Tak, ale...

         – Co? – jęknęła i schowała twarz w drżących dłoniach. Nie była w stanie dłużej walczyć z cisnącymi się do jej oczu łzami.  

--------------------------------------------------------
* fragment ROZDZIAŁU DWUDZIESTEGO TRZECIEGO
** fragment ROZDZIAŁU DWUDZIESTEGO DZIEWIĄTEGO